Alternatywne wspólnoty w Danii

Oto opis wizyty w duńskiej ekowiosce gdzie pracowałem ok. 3 tygodni jako wolontariusz. Był to mój pierwszy zagraniczny wyjazd wolontariacki. Przy okazji odwiedziłem też inne alternatywne miejsca w Danii, co opisuję poniżej. Artykuły pochodzą z pisma „Zielone Brygady”:

SWANHOLM – ALTERNATYWNA WSPÓLNOTA EKOLOGICZNA


W sierpniu 1996r. miałem okazję przebywać jako wolontariusz na terenie największej w Danii wspólnoty ekologicznej w Svanholmie. Temat samowystarczalnych wspólnot ekologicznych interesuje mnie od dawna jako jedna z alternatyw dla obecnego rozbitego i biernego społeczeństwa. Taką też alternatywą była farma i majątek ziemski w Svanholmie dla kilkudziesięciu młodych wtedy ludzi, którzy w 1978 r. za wspólne pieniądze kupili obszar o wielkości 400 ha – w tym 240 ha ziemi uprawnej, reszta to lasy, nieużytki i zabudowania.

Centralnym budynkiem w Svanholmie jest zabytkowy pałacyk, gdzie obecnie żyje ok. 40 osób. Nieopodal znajdują się zabudowania gospodarcze, w których mieszczą się zakłady naprawcze, garaże, kuchnia i stołówka, przechowalnia i magazyn win, paczkowalnie warzyw, obora dla krów itd. Pozostałe dwa skupiska domów mieszkalnych rozrzucone są na przestrzeni ok. 3 km. W jednym z nich mieści się szkoła podstawowa.

Celem, który postawili przed sobą wtedy, było stworzenie niezależnej, samowystarczalnej, ekologicznej wspólnoty, utrzymującej się z rolnictwa i hodowli. Do tej pory żyje tu ok. 50 osób z tych, którzy zakładali wspólnotę i dziś mogą powiedzieć, że udało im się ten cel osiągnąć.

Po osiemnastu latach nieraz trudnych doświadczeń obecny model produkcji i organizacji pracy funkcjonuje bardzo sprawnie i nowocześnie. Wszyscy członkowie wspólnoty są udziałowcami firmy, którą zarejestrowali, aby ułatwić sobie funkcjonowanie na rynku, ponieważ w tym momencie są jednym z największych w Danii dystrybutorów ekologicznych warzyw i owoców oraz win.

W celu optymalnego usprawnienia pracy podzieleni są na grupy tematyczne, które mają określone cele, budżet i dość dużą autonomię, jeśli chodzi o sposób działania. Jedynym kryterium jest efektywność pracy. Co tydzień każda grupa organizuje spotkania, na których jej członkowie radzą wspólnie nad bieżącymi problemami i układają plan działania na najbliższy tydzień. Najwyższą władzą we wspólnocie jest cotygodniowe zebranie, na którym podejmowane są wszelkie ważniejsze decyzje dotyczące dalszego funkcjonowania wspólnoty i koordynacji poszczególnych grup.

Istnieją trzy rodzaje grup: produkcyjne, grupy obsługi i pozostałe.

Grupy produkcyjne:
gr. rolnicza – dba o uprawę warzyw, zbóż na sprzedaż i na własne potrzeby wspólnoty (byłem właśnie w tej grupie).

gr. pakowania i sortowania – przygotowuje do hurtowej sprzedaży warzywa i owoce własne oraz sprowadzane z innych gospodarstw ekologicznych,
gr. hodowlana – dba o ok. 100 krów i dystrybucję mleka,
gr. sadownicza – zajmuje się 10 ha sadu, gdzie są jabłonie, wiśnie, śliwy. Grupa ta paczkuje i sortuje owoce do sprzedaży. W zeszłym roku sprzedali ponad 100 ton jabłek,
gr. leśna – dba o las i gospodarkę drzewną oraz przerób drewna,
gr. handlu winem – zajmuje się importem i dystrybucją ekologicznego wina.

Ponadto jako grupa produkcyjna działa też sklepik ekologiczny w Svanholmie oraz większy sklep w Kopenhadze, będący własnością wspólnoty. Jeśli chodzi o ten mały sklepik na farmie, to po wejściu do niego przeżyłem szok – był tam pełen asortyment towarów ekologicznych z całego świata, wszystkie z atestem nadzorującej organizacji ekologicznej z danego kraju oraz z atestem duńskiej organizacji kontrolnej. Były tam zarówno produkty spożywcze, jak i ekologiczne kosmetyki i środki czystości. Naszym najlepszym sklepom daleko do tego, co oferował ten sklepik w maleńkiej wiosce duńskiej. I nieprędko to się zmieni.

Wracając do Svanholmu… Grupy obsługi:

gr. kuchenna – przygotowuje dwa posiłki w ciągu dnia: o 12 – lunch oraz o 17 – dinner. Z reguły są to posiłki wegetariańskie, ale parę razy w tygodniu zdarza się mięso. Niestety, mało jest potraw dla wegan, co sprawiło mi trochę kłopotu i z często kończyło się na surówce z chlebem lub ziemniakami. Wszystko wyglądało w ten sposób, że gotowe potrawy kładziona na duży stół, a każdy podchodził z talerzem i nakładał sobie to, co mu pasowało czyli tzw. „szwedzki stół”. Bardzo cieszyły mnie różnego rodzaju herbatki ziołowe oraz różniste świeże ziółka, które rosły sobie w wielkich skrzyniach koło stołówki. Grupa ta piecze też chleb i robi przetwory.

gr. księgowości – zajmuje się rachunkami wspólnoty.
Poza tym: gr. budowlana, gr. opieki nad dziećmi, gr. naprawy maszyn, samochodów i sprzętu rolniczego.

Pozostałe grupy: gr. ekonomiczna, gr. inwestycyjna, gr. kontaktowa (dla nowych członków) gr. obsługi gości i wycieczek, gr. mieszkaniowa, gr. recyklingu, gr. zdrowia (opieka zdrowotna) itd.

Teraz Svanholm zamieszkuje nieco ponad 100 osób, w tym 40 dzieci. Około 1/3 ludzi pracuje zarobkowo poza wspólnotą, lecz ich zarobki wędrują do wspólnej kasy. Również wszystkie inne dochody wspólnoty idą do jednej puli, z której finansowane są wszelkie wydatki wspólnoty oraz inne potrzeby życiowe członków. Z tej kasy każdy dostaje też kieszonkowe w wysokości ok. 900 DKK, dzieci – 300 DKK (jedna korona = 0,50 zł). Dzienne wydatki całej wspólnoty wynoszą ok. 6000 DKK. Żeby wyjść na zero, muszą każdego roku zarobić ok. 1,5 mln koron, czyli 7,5 mld starych złotych (ok. 1200 zł/m-c na osobę dorosłą). Dostają też ok. 1700 DKK na wakacje, lecz wszystkie pozostałe przyjemności pokrywają z kieszonkowego. Również za wypożyczenie samochodu do prywatnych celów każdy płaci 1 DKK/km. Wspólnota posiada ok. 30 samochodów.

Ciągle robią jakieś nowe inwestycje, np. w tym roku budują salę zabaw dla dzieci na zimę oraz rozbudowują kuchnię i jadalnię. Pomaga im w tym grupa ok. 30 śmiesznych ludków z Niemiec, którzy podróżują po całej Europie w „odjechanych” strojach z XV w. jako czeladnicy budowlani i zatrudniają się przy różnego rodzaju budowach w zamian za jedzenie, spanie i piwo, czasem za pieniądze też. Śmiesznie wyglądały czarno-białe piętnastowieczne stroje w połączeniu z kolczykami w uszach i nosach, „irokezami” na głowach i męskimi warkoczykami. Ale o tym kiedy indziej,, jeśli będziecie ciekawi.

Jak wygląda sprawa ekologii na farmie? Jeśli chodzi o ekologię zewnętrzną to dosyć dobrze. Mają korzeniową oczyszczalnię ścieków, własny duży wiatrak produkujący prąd – zdalnie sterowany przez komputer, stosują recykling, kompostowanie, używają ekologicznej żywności oraz ekologicznych środków czystości, mają wodooszczędne baterie umywalkowe oraz uprawiają ziemię tylko ekologicznie. Jeśli chodzi o światło, to może trochę zbyt często zapominają go gasić…
Większość tych ludzi jest bardzo pracowita. Często pracują ponad 10 godzin dziennie, a jak potrzeba to i dłużej. Jednego dnia, gdy trzeba było zebrać całą cebulę z pola, pracowaliśmy 18 godzin i skończyliśmy o trzeciej w nocy (!). Chcieliśmy zdążyć ze zbiorem przed deszczem, który sygnalizował komputer podłączony do satelity. Oczywiście deszczu nie było…
Svanholm to również modelowe centrum szkoleniowe dla praktykantów rolnictwa ekologicznego, którzy przyjeżdżają tu jako wolontariusze. Co rok przebywa tu na okrągło (w sezonie) kilkunastu gości, którzy zostają od paru dni do kilku tygodni. Przyjeżdżają też wycieczki i prywatni zwiedzający, aby poznać życie wspólnoty. We wrześniu organizowana jest wielka, pokazowa impreza dla około 1000 osób, połączona z kiermaszem produktów gospodarstwa. Ma to na celu prezentację i promocję farmy oraz alternatywnych idei wcielanych tu w życie.

Jak widać na przykładzie Svanholmu, można żyć inaczej, lepiej, w harmonii ze środowiskiem naturalnym, będąc niezależnym i samowystarczalnym, realizując swoje marzenia o życiu na łonie natury. Tak więc sielanka? Może niezupełnie… Ale to, oczywiście, moja subiektywna opinia. Uważam że brak tu trochę równowagi między zapewnianiem sobie warunków do materialnej egzystencji a ekologią wewnętrzną, która jest nieco zaniedbana. Człowiek oprócz potrzeb materialnych ma jeszcze potrzeby duchowe, takie jak: potrzeba rozrywki, relaksu, wspólnej zabawy, śmiechu, radości, bliskości, otwartości, przyjaźni, zaufania i akceptacji. Pod tym względem Svanholm nie różni się zbyt mocno od reszty społeczeństwa. Wielu z tych ludzi zatruwa się papierosami, alkoholem, używkami. Rzadko bawią się wspólnie po pracy, w atmosferze serdeczności i radości. Po pracy, która zajmuje im prawie cały czas, ograniczają się do własnych rodzin. Brak mi tu integracji, bliskości, ciepła i poczucia wspólnoty. Wielu z nich jest zagubionych, samotnych, przemęczonych jednostajną pracą. Trochę szkoda, bo miejsce piękne i są warunki, aby ludzie mogli tu żyć naprawdę radośnie i szczęśliwie, czego im z całego serca życzę. Oby udało się im to osiągnąć tak, jak udało się osiągnąć samodzielność i niezależność materialną.


JESZCZE RAZ O WSPÓLNOTACH

Stowarzyszenie „Ekoistnienie”
Mirek Horobiowski

Podczas mojego pobytu w duńskiej wspólnocie ekologicznej w Svanholmie natknąłem się na grupę dziwnie ubranych ludzi z Niemiec, którzy uwijali się przy rozbudowie tamtejszej kuchni i jadalni.

Mieli na sobie śmieszne, odjazdowe stroje á la XV w., w kolorach: czarnym, szarym i białym. Składały się one z szerokich spodni – „dzwonów”, białej koszuli, kamizelki oraz czegoś pomiędzy surdutem a frakiem. Na głowach nosili meloniki, birety albo wysokie kapelusze z szerokim rondem. Do tego każdy dodawał coś od siebie, czyli wszelkie możliwe fryzury („irokezy”, warkoczyki, kitki, dredy, farbowane włosy) oraz kolczyki w nosach, uszach, wargach; pierścionki, sygnety, łańcuchy, obroże itd. – co tylko komu wpadło do głowy. Krótko mówiąc – pełny odjazd. Co to za ludzie i skąd się wzięli? Otóż wszyscy oni należą do nieformalnej organizacji niemieckiej „Axt und Kelle” („Kielnia i Toporek”) – te dwa skrzyżowane narzędzia są też symbolem organizacji, noszonym na klamrach pasa.

Tradycja ich organizacji, tak jak i stroje, wywodzi się z XV w. i nawiązuje do ówczesnych wspólnot czeladników budowlanych. Czeladnicy tacy musieli najpierw przez 7 lat wędrować po całej Europie, pracując bez wynagrodzenia przy różnych budowach i dopiero po tym czasie mogli przejść egzamin i zostać mistrzami budowlanymi oraz otworzyć własny warsztat. Przez te 7 lat nie wolno im było wracać do domu ani nawet pracować bliżej niż 15 km od niego. Było to więc zajęcie dla ludzi raczej wolnych, no i wyłącznie mężczyzn.

Obecnie członkowie „Axt und Kelle” mają także swoje specjalne reguły i zasady, których ślubują przestrzegać, przystępując do organizacji. Są to np.: zdejmowanie nakrycia głowy przed posiłkiem, pisanie specjalnego pamiętnika z całego okresu swojej praktyki, noszenie przepisowego stroju itd. Niektóre reguły złagodzono – do organizacji przyjmowane są kobiety, a okres praktyki poza domem skrócono do 2 lat. Nim jednak wyruszą w świat na poszukiwanie pracy, przez jakiś czas chodzą do szkoły, zapoznając się z teorią budownictwa, a równocześnie zdobywają umiejętności praktyczne pracując na budowach pod okiem nauczycieli.

W Niemczech jest 6 podobnych organizacji, ale tylko „Axt und Kelle” dopuszcza członkostwo kobiet. Nawiasem mówiąc, moją rozmowę prowadziłem właśnie z dziewczyną – Gudrun Onkels, która miała za sobą już pracę w Szwajcarii, Danii, a nawet na Syberii, gdzie była około 6 miesięcy. Co ciekawe – tak jej się tam spodobało, że zaczęła się uczyć rosyjskiego i robi to do dziś.

Organizacja przeprowadza dwa duże spotkania-zjazdy w ciągu roku, podczas których jej członkowie obradują, ustalają kierunki i program działania, oceniają i rozliczają przeszłą działalność, a w czasie wolnym wspólnie się bawią – tańczą, śpiewają, grają w siatkówkę, „nogę”, no i – oczywiście – piją dużo piwa. „Axt und Kelle” wydaje też pisemko o swojej działalności – i to jest właściwie jej jedyny oficjalny „ślad”, ponieważ nie ma nawet formalnej siedziby. Jak widać, w dziedzinie formalności działacze jej są raczej anarchistami…

Przed przyjęciem do grona wędrownych czeladników odbywa się coś w rodzaju „chrztu”, podczas którego delikwent dostaje do wykonania różne „zadania budowlane”: a to ma wznieść budowlę z klocków, mając na rękach wielkie rękawice, w których jeden palec ma 20 cm długości; a to ma przyrządzić „zaprawę murarską” z różnych dziwnych substancji, pochodzących głównie z kuchennego śmietnika. Oczywiście taką zaprawę trzeba „przetestować”, wrzucając w nią przygotowującego, nie robi mu to jednak dużej różnicy, gdyż na początku przeszedł „kurs malarstwa budowlanego” polegający na tym, że adepci malują się nawzajem dokładnie różnokolorowymi farbami. Po przejściu tych oraz innych „niezbędnych” prób adept może wreszcie przyłączyć się do wspólnoty. A oto jak wygląda życie takiego czeladnika przez następne 2 lata:

Na początek dostaje 5 marek na drogę, a jego zadaniem jest tak się starać, aby po 2 latach, wracając, mieć nie więcej i nie mniej niż te 5 marek. Chodzi tu o to, że głównym celem czeladnika jest nauka i praktyka, a nie zarabianie pieniędzy. Czeladnicy dobierają się więc w kilkuosobowe grupy, w których przemieszczają się i pracują często tylko w zamian za jedzenie i nocleg. Z reguły miejsca ich pracy nie są przypadkowe – starają się bowiem swoją pracą wspierać szlachetne przedsięwzięcia w całej Europie (np. Svanholm). Oczywiście czasem, gdy potrzeba im pieniędzy na podróż czy dokupienie niezbędnych rzeczy, dostają także kieszonkowe.

Mimo tego, że są ludźmi nieco „odjazdowymi”, lubią luz, zabawę oraz piwo, to jednak duży nacisk kładą na fachowość, pracowitość, solidność i dobre imię organizacji.

Są naprawdę profesjonalistami w swoich zawodach, a budowy przez nich wykonywane stoją na wysokim poziomie. Chociaż piwo mają zawsze pod ręką, nigdy nie używają go tyle, aby przeszkadzało im w pracy. A kiedy potrzeba, pracują bez narzekania po kilkanaście godzin dziennie – nie tolerują więc ani pijaków, ani obiboków. Wielu z nich, jak np. Gudrun (moja rozmówczyni), tak polubiło to wędrowanie, że nawet po upływie „przepisowych” 2 lat nie zamierza z niego rezygnować. Twierdzą, że nie mogliby „ugrzęznąć” w jednym miejscu, gdy tyle cudownych przygód i wspaniałych miejsc jeszcze jest na świecie.

Przedstawiłem kolejny alternatywny (po Svanholmie) sposób życia i to od dawna popularny na Zachodzie. Szkoda, że u nas ta tradycja nie przetrwała (a może jej nigdy nie było?). Marzy mi się, aby i w Polsce powstało coś w rodzaju „Axt und Kelle”, ale to jedno z tych „pobożnych życzeń”.

^ ^ ^

Jeśli chodzi o inne wspólnoty, to odwiedziłem jeszcze dwa takie miejsca w Danii – jedno w Kopenhadze (Christiania), a drugie w Turup.

Christiania – to mała dzielnica w Kopenhadze, gdzie w latach 70. grupa anarchistów, rockersów, hippisów i innych odjazdowców zaskłotowało teren po byłej bazie wojskowej. Po jakimś czasie udało im się nawet dostać ten teren oficjalnie od miasta.

Obecnie żyje tu kilkaset osób, jest kilka knajp (w tym jedna wegetariańska), jest ryneczek, na którym sprzedaje się haszysz, marihuanę i inne „lekkie” narkotyki oraz płyty CD, gadżety muzyczne i różne inne z całego świata. Mieszka tu wielu artystów, odjazdowców i luzaków różnej maści oraz – oczywiście – mnóstwo ćpunów. Jest duża hala, gdzie często odbywają się koncerty wielkich gwiazd rocka i nie tylko (Deep Purple, Thin Lizzy, była też Metallica i inni). Ogólnie jednak przeważają tu narkotyki, alkohol i odurzanie się na wszelkie sposoby – czyli wielkie gówno (sorry za dosadność). No więc nic ciekawego. Miała być wolność i niezależność – jest niewola nałogów i uzależnienie od toksycznych odurzaczy. Ślepa uliczka. No future.

Oczywiście nie mówię o wszystkich mieszkańcach ale takie ogólne wrażenie narzucają ci , którym wolność kojarzy się głównie ze swobodnym używaniem odurzaczy, niechlujnym, śmierdzącym ubiorem i niechęcią do mydła. A niestety takich widac tu sporo, choć większa ich część jest tylko przejazdem. Być może miejscowi powinni coś zrobić by ich Christiania przestała wyglądać jak Mekka ćpunów bo chyba nie o takie wrażenie im chodzi…

^ ^ ^

Z kolei Turup to „kosmiczna” wioska ekologicznych domków. Wyobraźcie sobie najróżniejsze obiekty mieszkalne, tworzone przez różnych ludzi, bez żadnej wspólnej koncepcji. Są tam ziemianki, okrągłe domy, szklane domy, domy z drewna, kamienia, trzciny i tym podobne cuda. A wszystko to ciasno poupychane jedno obok drugiego, żeby nie powiedzieć – jedno na drugim. Całkowity chaos, pomieszanie stylów i koncepcji, totalna dowolność. Każdy mógł budować, co tylko chciał, pod jednym warunkiem: ma być ekologicznie. No i jest. Wszystko to jakoś nawet połączono w jeden oryginalny system wodno-kanalizacyjny, energetyczny i odpadowy, który sobie całkiem zgrabnie funkcjonuje. W Turupie mieszka kilkadziesiąt rodzin, a ich członkowie zdobywają środki do życia poprzez pracę w okolicznych firmach. Jest to wiec raczej wspólnota mieszkaniowa, zależna finansowo od źródeł zewnętrznych – takie eksperymentalne osiedle ekologiczne.

Oczywiście mają tu szkołę i ośrodek kultury ekologicznej oraz kawałek ziemi uprawnej. Czynione są próby, aby osiągnąć samowystarczalność ekonomiczną oraz większą integrację wewnętrzną. Tak więc kolejny eksperyment – kolejna alternatywa, poszukiwanie czegoś lepszego dla siebie i Ziemi, kolejny dowód, że można próbować inaczej i naturalniej. I chwała im za to!

One response to “Alternatywne wspólnoty w Danii

  1. Bardzo interesująco i fachowo napisane, bez owijania w bawełnę i złudnych opisów. Sam jestem zainteresowany samowystarczalnymi domami ekologicznymi. Zapewne znany jest ci Garbage Warrior i jego koncepcje architektoniczne. Jeśli wiesz coś o takich przedsięwzięciach ekologicznych, architektonicznych, edukacyjnych w Europie to skrobnij dwa słowa!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s